Emocje wracają, bo sprawa jest niezałatwiona

Blisko-nie-za-blisko-Terapeutyczne-rozmowOKLADKA_y-o-zwiazkach_Pawel-Drozdziak-Renata-Mazurowska,images_big,29,978-83-2465-189-4O tym, jaki wpływ na nasze dorosłe życie ma nasze dzieciństwo; czy rodzice determinują nasze życie, a może jednak to my decydujemy, jak żyjemy – z Pawłem Droździakiem, psychologiem i psychoterapeutą rozmawia Renata Mazurowska

– Wiele razy słyszałam, i wspominaliśmy tez o tym w naszej książce „Blisko, nie za blisko. Terapeutyczne rozmowy o związkach”, że rodzice mogą nas „załatwić na całe życie”.  Czy dzieciństwo determinuje nasz los?

– Chciałbym tu powiedzieć o Gavinie de Beckerze. Matka tego człowieka była okrutną, niezrównoważoną psychicznie osobą. Stosowała brutalną, skrajną przemoc wobec niego gdy był dzieckiem i wielokrotnie dosłownie musiał uciekać ratując życie. Całe jego dzieciństwo upłynęło na przewidywaniu jakie mogą być jej reakcje. Wiele osób po takich przejściach nie przetrwałoby. On miał jednak jakiś kapitał skądinąd. Z genów, z innych osób w otoczeniu, ze środowiska, może z własnej niezależnej woli? Trudno powiedzieć. Faktem jest, że to doświadczenie zmieniło mu życie, ale inaczej niż by można się spodziewać. Wykorzystał to doświadczenie. Stworzył potężną firmę zajmującą się ocenianiem zagrożenia. Przewiduje, na ile prawdopodobny jest atak terrorystyczny, zemsta pracownika wyrzuconego ze stanowiska, zniszczenie mienia itd. Trudno powiedzieć, czy na przykład ma harmonijne relacje z bliskimi osobami, być może jego adaptacja sprawdza się tylko w zawodowej sferze, tego nie wiemy. To co wiadomo na pewno: zrobił co się dało, by sobie poradzić z traumą i w jakiejś części na pewno okazało się to możliwe.

– Czy jeśli ktoś miał w dzieciństwie sporo przeżyć ekstremalnych i brakowało mu poczucia bezpieczeństwa, to w życiu dorosłym dąży do spokoju, szuka harmonii, unika konfliktów? I może też odwrotnie – jeśli nasze dzieciństwo było bezpieczne, to czy szukamy takich przeżyć, które pozwalają nam uwierzyć, że w sytuacji zagrożenia damy sobie radę? I np. nurkujemy, wspinamy się ekstremalnie, skaczemy na bungee… Tak to właśnie jest?

– Podobnie, ale jednak nie tak. Jest związek między dziecinnymi doświadczeniami a późniejszym zachowaniem albo skłonnościami, ale nie istnieje żaden stały wzór, który by to opisywał i dawał pewność przewidywania przyszłości. Ten związek między „kiedyś” a „teraz” możemy odkrywać jedynie wstecz. Nie da się tego przewidzieć w przód, na przykład stosując zasadę „dajmy temu dziecku spokojne dzieciństwo, to będzie skakać na bungee” albo na odwrót – „dajmy temu dziecku w życiu od początku w kość, to się utwardzi i zacznie skakać na bungee”. Jedno i drugie jest równie zawodne.

– To prawda – z dobrego domu może wyjść zarówno profesor, jak i narkoman. Podobnie z domu złego – ktoś, kto będzie krzywdził, jak sam był krzywdzony albo przeciwnie – człowiek szczególnie na krzywdę wrażliwy.

– To jest ważna zasada o tym patrzeniu wstecz i w przód, bo cała pop-psychologia jest w tym miejscu źródłem nieporozumień i uproszczeń ponieważ tego nie rozróżnia. Stąd nonsensy w rodzaju „jeśli będziesz robił to i to, to twoje dziecko będzie takie i takie”. W życiu nie ma tak prosto.

Poruszyliśmy temat ekstremalnych doświadczeń, to może weźmy jako przykład boks. Patrząc wstecz ktoś może na przykład powiedzieć tak: „Nie chcę trenować boksu, bo jak widzę tych facetów to mi się przypomina, jak ojciec bił matkę. Nie wejdę na salę bokserską bo mnie odrzuca. Po moich doświadczeniach to nie jest dla mnie”. Związek jest ewidentny i osoba sama go rozpoznaje. Ale ktoś inny może powiedzieć tak: „Pamiętam doskonale, jak ojciec bił matkę. Widzę to co noc w snach. Zapisałem się na boks, żeby ją obronić i któregoś dnia to się stało. Ojciec zniknął z czasem, ale ja na sali bokserskiej zostałem na całe życie… Teraz zarabiam miliony i można powiedzieć, że spieniężyłem największą traumę swojego życia”.

W obu przypadkach związek między stosunkiem do boksu a traumatycznym doświadczeniem z dzieciństwa jest jasny, bezdyskusyjny, ale konia z rzędem temu, kto patrząc w przód go przewidzi i powie, w którą stronę to pójdzie. Czemu tak jest?  Z kilku powodów. Każde zdarzenie jest osadzone w całej masie innych czynników w rodzinie i one działają razem. Po drugie różnice są dlatego, że dochodzi dziedziczność, wrażliwość układu nerwowego, inteligencja, sprawność fizyczna. Wreszcie dochodzi środowisko. Wiele zależy od tego jak rodzina weszła w interakcję z otoczeniem. Na jakie środowisko trafił taki człowiek na zewnątrz – poza domem. Gdzie to środowisko go pokierowało. Może trafił w szkole na fajnego trenera boksu, który stał się takim „lepszym ojcem”, a może na wuefistę, który jak zobaczył chłopaka co się trzyma trochę z boku, to postanowił sobie przy klasie na nim poużywać..? Stosunek do sportu zmieni się o sto procent, choć układ rodzinny będzie ten sam. Wszystko się liczy. Wreszcie najważniejsze – liczymy się my sami. Uwarunkowania to nasz bagaż, ale to my go niesiemy. My decydujemy co z tym zrobimy.

– Ale są dorośli,  którzy już jako dzieci musieli być odpowiedzialni. Nie tylko za siebie, także za rodziców. Można cokolwiek z dzieciństwa odzyskać? Jak myślisz?

– Doświadczeń nie da się usunąć. Można natomiast zrobić coś innego. Po pierwsze wrócić do tego dawnego doświadczenia i przeżyć wywoływane nim uczucia, nazwać to. Na przykład: rodzice wysyłają dziecko na weekend do babci, a w tym czasie oddają komuś jego psa. Dzieciak wraca, psa nie ma. Ale kiedy zaczyna reagować, rodzic ucina: „Dość histerii, bo jeszcze chomika oddamy”. Co robi dziecko? Blokuje reakcję. Ta reakcja zostaje uśpiona na resztę życia i wychodzi na jaw w postaci niezrozumiałych dla niego i dla otoczenia emocji, które pojawiają się przy różnych okazjach jakby nieadekwatne. Nie wiadomo skąd. Ktoś mógłby powiedzieć: „Energia podąża za uwagą, więc skieruj uwagę na teraźniejszość i sprawa zniknie. Albo radykalne wybaczanie zastosuj, zrozum, że rodzice tak musieli itd.”. To są wszystko bujdy na resorach. Emocje wracają, bo sprawa jest niezałatwiona i będą wracać póki załatwiona nie zostanie. Przynajmniej wewnętrznie. Kiedy ktoś to odpłacze, powie: „K… jak oni mogli mi to zrobić”, przeżyje wściekłość, rozżalenie, wypowie to wszystko to dopiero wtedy świat wraca na swoje miejsce. Nie jest super, ale odzyskuje się jakieś poczucie rzeczywistości. Kłopot w tym, że najczęściej nie chodzi o pojedyncze zdarzenie, ale o cały styl. Styl traktowania w takiej rodzinie. Pojedyncze doświadczenia są jedynie przykładami tego stylu, ale człowiek oddycha tym przez lata i trudno tego się pozbyć. To długi proces. Nazywania rzeczy po imieniu, analizowania tego w czym się wyrosło z perspektywy wiedzy dorosłej osoby, uzyskiwania swojej dorosłej opinii o tym wszystkim i wreszcie takiego jakby samowychowania. Uczenia się innych reakcji, innych możliwości. Tego, że wcale nie muszę tak jak się wyuczyłem/wyuczyłam w domu. Że są dostępne inne sposoby życia i można znajdować w nich przyjemność.

– Czyli, po pierwsze przywołać wspomnienia, po drugie: nauczyć się nowych reakcji. 

– Tak. Pierwsze to nazwanie i przeżycie tego, a drugie to szukanie nowych reakcji w powiązaniu z tym co się odkryło. Dopiero dzięki temu można zrozumieć co się robi „teraz” i można szukać czegoś innego, co można by robić zamiast.

– Niemożliwe jest  wychowanie się bez bólu, bez porażek, bez łez…

– Chyba nie. W życiu zawsze jest jakiś element rozczarowania, niepewności, klęski albo braku. Dobre wychowanie polega chyba na tym, żeby w domu możliwe było nazwanie rzeczy po imieniu. Adekwatna reakcja emocjonalna na to, co dziecko przeżywa to jest po prostu taka reakcja, która jakoś logicznie pasuje do tego przeżycia. To nie znaczy, że rodzic ma być np. zawsze łagodny albo zawsze wyrozumiały. Weźmy przykład: dziecko jest smutne, bo miało urodziny, ale zaproszone dzieci z klasy w większości nie przyszły. To bardzo trudna sytuacja i dziecko siedzi osowiałe. Podchodzi babcia – „Ojej jaka osowiała siedzi. Pewnie ma gorączkę. Chora jesteś?”. No i bach daje dziecku tabletkę i kładzie do łóżka. W sumie jest troskliwa, ale nie unosi rzeczywistości. Tłumaczy treść emocjonalną na język medyczny, bo z tym jej łatwiej się uporać. Jest łagodna, ale szkodzi dziecku, mimo, że nie wywołuje łez.

Gdyby zamiast tego nazwała rzeczy po imieniu? „To barany przeklęte nie przyszły”(nawet jeśli taka babcia okaże się do tego stopnia szalona, że wścieknie się i czymś rzuci w reakcji na tę sytuację) to będzie to mniej szkodliwe niż opcja z tabletką. Czemu? Bo mimo, że to jest niedojrzała i przerażająca reakcja i nie wspiera dziecka w żaden sposób, to przynajmniej jakoś logicznie pasuje do sytuacji i nie zakłamuje jej. Oczywiście najlepsza byłaby reakcja wprost wspierająca, ale jeśli jej nie ma, to dobrze by było, żeby przynajmniej nie wprowadzać emocjonalnej dezorientacji.

– Nie tylko to, jacy rodzice są, ma wpływ na to, jacy jesteśmy w dorosłym życiu, ale w ogóle czy są ma ogromny wpływ. Z jakimi problemami zmierzą się w dorosłym życiu dzieci wychowywane bez matki albo bez ojca?

– Coraz więcej jest rodzin nietypowych. Samotny ojciec, samotna matka, dziadkowie, para jednej płci i tak dalej. Jak to działa? No musimy sobie najpierw zadać pytanie czym jest społeczne przystosowanie. Najprościej można powiedzieć, że to jest zdolność sprawnego realizowania wzorców kulturowych, w których się żyje. No i teraz załóżmy, że dziewczynka wychowuje się bez matki. No i ona może bardzo dobrze funkcjonować. Ma kolegów, koleżanki, chłopaka, kończy studia, znajduje dobrą pracę… Wszystko jest ok. Kłopot może się zacząć, kiedy ona postanowi stworzyć rodzinę i mieć dziecko. Bo to uruchamia temat matki, bycia matką, tego czym jest matka, jaka jest jej rola itd. Może pojawić się trudność w odtworzeniu tego kulturowego wzorca, bo go nie zna. A to nie jest wrodzone. Może więc być tak, że ona świetnie radzi sobie w innych układach, ale ten jest dla niej problemowy. Albo wychowuje się bez ojca. I znowu. Może być miła, fajna, sympatyczna, dobrze realizować się w pracy, może być lubiana itd. Ale może (podkreślam, że nie musi, to są bardzo złożone zależności) napotkać na trudności „nie do rozwiązania” w momencie, kiedy próbuje stworzyć stały związek z mężczyzną. Nie jest w stanie zreprodukować tego wzorca kulturowego „stały związek”, bo jej tego nie nauczono.  Może reprodukować w to miejsce inny wzorzec. Na przykład wzorzec trójkąta „ja, on i ta trzecia” gdzie „ta trzecia” to jest na przykład odpowiednik jakiejś kobiety, która w jej dzieciństwie odbiła ojca jej matce.

Niektórzy ludzie przeżywają szczęśliwie całe życie po prostu dzięki temu, że nie podchodzą do prób zrealizowania tych wzorców kulturowych, których nie mieli w dzieciństwie. Na przykład ktoś wychował się bez jakichkolwiek rodziców i po prostu nie zakłada rodziny. Ma sukcesy zawodowe, przelotne związki, przyjaźnie itd. i radzi sobie doskonale. Po prostu nie wchodzi w takie sfery, w których mu brak treningu i których nie wyczuwa. Ale, podkreślam, to nie jest tak, że jak ktoś np. wychował się bez rodziców, to nie może założyć własnej rodziny. Oczywiście, że może. Tyle, że może mu być trudniej, bo to, co inni odtwarzają bez zastanowienia, on musi w pewnych momentach zgadywać. To nie jest niemożliwe, ale na pewno trudniejsze.

Rozmawiała Renata Mazurowska

więcej o książce http://bliskoniezablisko.pl/

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s