Wybieram ŻYCIE – Rozmowy o najważniejszym

Przychodzi Wrażliwy i Mądry Człowiek do Drugiego Człowieka.

I pyta.

I SŁUCHA.

I są to Rozmowy o rzeczach najważniejszych. O miłości, o strachu, o bólu, o stratach, o młodości i o starości, o chorowaniu i odchodzeniu – swoim lub kogoś Bliskiego, ale i o radościach i o szczęściu. Nie z celebrytami, nie z „osobistościami, ale OSOBAMI. Takimi jak każdy z nas albo ktoś z naszych bliskich.

Dzięki uprzejmości i zgodzie Pana prof. Tomasza Sobierajskiego – Autora rozmów książki „Wybieram ŻYCIE – rozmowy o najważniejszym”, a także Wydawcy, każdy z Państwa może po te ROZMOWY siegnąć pod tym linkiem https://orpea.pl/wp-content/uploads//2023/04/WYBIERAM-ŻYCIE_książka.pdf – do czego bardzo zachęcam.

Poniżej fragment jednej z takich rozmów, przeprowadzonych przez socjologa, prof. Tomasza Sobierajskiego:

Radość

Pierwsze, co rzuca mi się w oczy, kiedy spotykam się z Panią Jadwigą, to piękny, kojący uśmiech. Jest w tym uśmiechu radość życia, ale też zgoda na przemijanie. I ciepło, które emanuje z całej drobnej postaci mojej rozmówczyni. Kiedy opowiada o swoim życiu, szlachetnymi i ładnie skrojonymi przez naturę dłońmi rysuje obrazy w powietrzu. Po kilku minutach rozmowy wiem, że mam przed sobą po prostu – albo aż – dobrego człowieka, wypełnionego bezinteresowną miłością do świata i brakiem żalu wobec tego, co przynosi los.

Jak długo jest Pani w ośrodku, Pani Jadwigo?

Dwa i pół roku.

A choroba kiedy się pojawiła?

Trudno mi wyznaczyć dokładny moment, bo moja choroba jest wynikiem nierozpoznanego zapalenia płuc. Blisko miesiąc źle się czułam, miałam duszności, nie mogłam spać w nocy. Zwracałam się do wielu lekarzy, którzy nie potrafili niczego zdiagnozować. Nakierowywałam ich nawet na diagnozę, ponieważ osiem lat wcześniej miałam już podejrzenie zapalenia płuc, przez co wylądowałam w szpitalu. Niestety nie trafiłam na takiego lekarza, który zdiagnozowałby mnie dobrze, aż któregoś dnia straciłam przytomność w domu i przewieziono mnie na OIOM. Trzy dni byłam w śpiączce i potem…

…potem?

Nie miałam już takich zdolności, żeby samodzielnie oddychać, i podłączono mi respirator.

I po szpitalu trafiła Pani do tego ośrodka?

Tak.

Informacje o ośrodku dostała Pani ze szpitala?

Nie. Moje dzieci, którym zależało na tym, żebym miała jak najlepszą opiekę, znalazły to miejsce. Oni są młodzi, pracują, a ja potrzebuję stałej, intensywnej i bardzo profesjonalnej opieki, a tylko takie miejsca mogą to zapewnić.

Pięknie się Pani uśmiecha, kiedy mówi Pani o dzieciach…

Tak, bo bardzo je kocham.

Ile ma Pani dzieci?

Dwójkę: syna i córkę. No i jeszcze czworo wnuków.

O, wspaniale! Dwoje dzieci u syna i dwoje u córki, tak?

Tak, po parce. (śmiech)

Czy dzieci mieszkają tu, w okolicy Konstancina?

Córka mieszka blisko, a syn dużo dalej, tam, skąd pochodzę, na Pomorzu.

Jak często się Pani z nimi widuje?

Córka mieszka za Piasecznem i co tydzień odwiedza mnie w niedzielę. Czasem przyjeżdża z wnukami. A syn to tak, co dwa, trzy miesiące, bo to jest czterysta kilometrów.

Szmat drogi… Kiedy wnuki przyjechały do Pani pierwszy raz tutaj, do ośrodka, to pytały o respirator?
Nie pytały. Myślę, że rodzice ich na to przygotowali, że babcia ma respirator, i wytłumaczyli wszystko, tak jak da się to wytłumaczyć dzieciom. Dzięki temu w ogóle nie zwracały na to uwagi.

A za czym Pani tęskni najbardziej?

Za codziennymi kontaktami z wnukami. Bo ja bardzo lubię dzieci. Wiele się można od nich nauczyć i potrafią dać bardzo dużo miłości. I żal, że to mi gdzieś umyka.

Za czymś jeszcze? Za pracą? Za domem?

Już od dawna nie pracuję zawodowo. Pracowałam trzydzieści pięć lat, byłam księgową. A potem na emeryturze zajmowałam się ogrodem, bo bardzo to lubię.

Duży był ten ogród?

Mieliśmy domek z działką około tysiąca metrów.

No to było co robić!

Tak, i to pochłaniało większość mojego czasu.

Co było w tym ogrodzie?

I kwiaty, i warzywa, drzewa owocowe. Wszystkiego po trochu. Od wiosny do jesieni miałam zajęcie.

Jak Pani patrzy za okno, na mijające pory roku, to myśli Pani o tym, co właśnie teraz dojrzewa w ogrodzie?
Tak. Albo co kwitnie.

Na co byłby czas w tym momencie?

Teraz jest czas na zbieranie plonów i robienie różnych przetworów: śliwek, jabłek, gruszek, ogórków…

To musiały być pyszne rzeczy!

(śmiech) Tak, wszystkim smakowały, a ja lubiłam to, że mogę rozpieszczać bliskich. Trochę mi tego tutaj brakuje, ale… stan, w którym jestem, ogranicza mnie do robienia pewnych rzeczy, ale przecież mogę też robić coś innego.

Nie lubi Pani siedzieć bezczynnie?

Nie! Nawet żyjąc z respiratorem, mam dużo rzeczy do zrobienia. Na przykład od jakiegoś czasu zaczęłam wyszywać obrazki wzorem krzyżykowym…

Tak, znam ten sposób, moja przyszywana babcia to robiła. To bardzo misterna praca!
Ale daje dużo przyjemności. Poza tym lubię czytać książki, gazety, rozwiązywać krzyżówki.

Widzę, że czyta Pani książkę o słynnym kocie Oskarze, który mieszkał w jednym z ośrodków hospicyjnych w Anglii i wyczuwał to, że pacjenci umierają.
Zna pan tę opowieść?

Tak, znam i bardzo lubię tę historię. Co dla Pani było najbardziej zaskakujące w tej książce?
Chyba to, że ludzi, którzy są w tym ośrodku, nie da się już leczyć, że są skazani na bierną egzystencję, na dożywanie. To musi być trudne dla rodziny, kiedy patrzy się na człowieka, który nie jest tym, kim był kiedyś. Ludzie, którzy kiedyś byli mądrzy, wykształceni i potrafili dzieciom doradzić, porozmawiać z nimi, teraz ich nie poznają. I to jest w tym wszystkim najtrudniejsze.

Jak córka do Pani przyjeżdża, to o czym rozmawiacie?

O bieżących sprawach, o tym, co się dzieje w domu, jak się miewają dzieci. Co robią, jak się rozwijają. Bardzo lubię te rozmowy.

Czuję, że bardzo kocha Pani swoje dzieci i ma z nimi bardzo dobry kontakt. Czy w związku z tym, nie oczekiwała Pani tego, że dzieci zajmą się Panią, żeby mogła być Pani w domu, a nie w ośrodku? Nie, nigdy. Rozumiem, że moje dzieci muszą pracować, że mają dużo obowiązków związanych ze swoimi rodzinami, dziećmi. Nie mogę od nich żądać, żeby rzuciły pracę i zajmowały się mną przez dwadzieścia cztery godziny. Ośrodek był najlepszą z możliwych opcji w moim stanie. Nie jestem obciążeniem dla dzieci, a jednocześnie czuję się bezpiecznie.

Niekiedy obserwuję młodych rodziców, którzy mając dziecko – bardzo często tylko jedno – podporządkowują mu całe swoje życie. Zamiast wychowywania dziecka, bardziej przypomina to realizację projektu „Dziecko”…

Zgadzam się z panem. Wiele osób zapomina, że dzieci wychowują się najlepiej przez towarzyszenie dorosłym, obserwację, a nie skupianie się nad nimi przez cały czas i dostarczanie im wszystkiego, czego potrzebują.

Jak Pani wychowywała dzieci?

Wychowania dzieci nikt nas nie uczy…

I nie ma próby generalnej…

Myślę, że wielu rodziców stara się to zrobić jak najlepiej, ale dla mnie liczyło się to, żeby tak wychowywać dzieci, aby wiedziały, że są pewne ograniczenia.

Żeby znały zasady?

Tak. Pamiętam, że kiedyś mój dorastający syn wymarzył sobie, żeby mieć punkowe buty, które kosztowały bardzo dużo pieniędzy. Powiedziałam mu, że nie mogę ich kupić, bo nie stać mnie na nie. Ale jeżeli tak bardzo chce je mieć, to powinien na nie sam zapracować.

I jaka była reakcja syna?

Zareagował tak jak klasyczny nastolatek. Na złość mnie chodził w dziurawych butach, myśląc, że tym mnie złamie. Ale nie poddałam się. W końcu zgodził się na takie buty, na jakie było mnie stać. Czasem po prostu trzeba przełamywać opór dzieci, bo one wielu rzeczy nie rozumieją, nie znają wartości pieniądza. Wydaje im się, że rodziców na wszystko stać.

Jednak są rodzice, którzy – szczególnie na starość – oczekują od swoich dzieci wdzięczności za wychowanie.
Tak, ale ja tego nie rozumiem. Miałam kolegę, który z żoną wychowywał syna, jedynaka. Było ich stać na wszystko, dawali dziecku to, o czym zamarzyło. Niemniej za każdym razem ten mój kolega wypominał swojemu synowi: „Dostałeś to, a nie jesteś mi wdzięczny”. W końcu postanowiłam z nim porozmawiać i powiedziałam: „Albo mu niczego nie dawaj, a jak już mu dasz, to mu tego nie wypominaj”. Ja taką zasadę stosowałam do moich dzieci.

Jeśli daje się dziecku miłość…

…to nie trzeba oczekiwać niczego w zamian.

Ponieważ dziecko nie jest rodzajem inwestycji, z której dostaniemy zwrot dywidendy?
Dobrze pan to nazwał. Za wychowanie dziecka nie można oczekiwać zapłaty. Nie tak to działa. Tak wychowałam swoje dzieci, że nawet będąc tutaj, czuję to, jak bardzo się o mnie troszczą. Dzwonią do mnie, przyjeżdżają. I rozumiem to, że muszę tu być. Nie mam do nich żalu. Do głowy by mi to nie przyszło.

Myślę, że jest Pani tym typem osoby, która czułaby się gorzej, gdyby wiedziała, że jest obciążeniem dla dzieci…
I że muszą się poświęcać dla mnie. Nie chciałabym tego.

Bo chyba lepiej, żeby Panią kochali, niż się dla Pani poświęcali, prawda?
(śmiech) Też tak myślę.

Czy ten ośrodek to Pani tymczasowy dom?

Ten ośrodek to w tej chwili moje życie.

I jak ono wygląda?

Jest bardzo uregulowane – to specyfika mojej choroby. Mam zabiegi rehabilitacyjne, wykonuję robótki na zajęciach. Popołudnia spędzam głównie w łóżku. Ja mam to szczęście, że jestem dość sprawna fizycznie, więc jakoś sobie radzę. Poza tym staram się pracować sama ze sobą. Ćwiczę, nawet kiedy leżę w łóżku.

Nigdy nie miała Pani chwili zwątpienia?

Nie. Cały czas staram się, żeby się nie dać.

Pani Jadwigo, a jakie ma Pani marzenia?

Trudno mi powiedzieć… raczej nie mam. Moje dzieci mają rodziny, w miarę sobie radzą, pracują wszyscy. Mogę jedynie pragnąć, żeby były zdrowe, żeby było wszystko u nich w porządku. To jest najważniejsze. To jest moje marzenie.

A jeśli chodzi o Panią? Co dla siebie by Pani zostawiła?

Chciałabym być dość sprawna, tak jak jestem, oby nie było gorzej. Moim marzeniem jest to, żeby się pozbyć tego respiratora i wyjść…

Wrócić do swojego ogrodu.

Tak, do domu.

Żeby można było znów robić przetwory?

Raczej żeby poczuć te wszystkie pory roku. Uwielbiam przyrodę. Mój dom stoi w pięknym miejscu pod lasem. Całe dzieciństwo mieszkałam przy dużym, sosnowym lesie.

Wygląda Pani na osobę, która dobrze zaaklimatyzowała się w ośrodku.
Tak. Mam charakter, który pozwala mi na dostosowanie się do różnych warunków. W każdej sytuacji potrafię znaleźć pozytywy. Umiem zaakceptować pewne rzeczy, na które po prostu nie mam wpływu. Staram się widzieć te dobre strony, a nie złe. I to mi bardzo pomaga. Polecam to wszystkim.

Wiem coś o tym, bo mam tak samo. Co nie oznacza, że człowiek bezwolnie poddaje się temu, co dokoła.
Dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pełna. Jeśli mam siłę i możliwość, żeby coś zrobić, to robię to. Jeśli na coś nie mam wpływu, to po co mam się zamartwiać i denerwować. Życie przyniosło mi czas z respiratorem i pomimo tego ograniczenia staram się ten okres jak najlepiej wykorzystać.

A gdyby miała Pani przekonać kogoś do pobytu w ośrodku, osobę, która się boi, nie wie, czy to będzie dobra decyzja, to co by Pani powiedziała?
Jeśli nie byłoby innego wyboru, to trzeba się zdecydować. I potem jakoś to zaakceptować. Następnie dzień po dniu pracować nad tym, żeby polubić to „nowe” życie.

Co jeszcze?

Starać się znaleźć sobie jakieś zajęcie, pasję, żeby się nie nudzić, nie patrzeć cały dzień w sufit. Żyć – i to pięknie, godnie żyć – można wszędzie.

Warto zawsze patrzeć na jasną stronę życia?

Warto. Życie jest wspaniałe!

Pani Jadwiga ma 65 lat. Do Ośrodka MEDI-system KONSTANCJA trafiła w 2014 r. prosto z OIOM-u. Jest osobą pogodną i życzliwą. Bierze aktywny udział w terapii zajęciowej, szczególnie arteterapii. Jej plecione koszyczki wzbudzają powszechny zachwyt. Bardzo chętnie bierze udział w wydarzeniach kulturalno- -muzycznych, np. organizowanym w ośrodku karaoke.

Rozmawiał Tomasz Sobierajski

Dodaj komentarz