Niełatwe relacje dorosłych dzieci z rodzicami

Choć bywają toksyczni i krzywdzący, to większość z nas wychowali ci klasyczni: kochający, lecz popełniający błędy troskliwi, ale czasem bezradni. O pogmatwanych relacjach dorosłych dzieci z rodzicami oraz bazie, jaką dostajemy w rodzinnym domu – rozmawiam z terapeutką Zuzanną Celmer (rozmawia ukazała się w Magazynie SENS)

Renata Mazurowska: – Dorastamy, zakładamy rodziny, rodzimy dzieci, ale nawet gdy mamy 30, 40 czy nawet 50 lat i wydarza się w naszym życiu coś trudnego, to często mamy silną potrzebę natychmiast pojechać do matki i położyć głowę na jej kolanach. W takich chwilach pragniemy jej opieki, jej troski. Na powrót stajemy się dzieckiem.

Zuzanna Celmer: – Nasz związek z matką jest silnie symbiotyczny, zwłaszcza w pierwszym okresie życia, ponieważ przez dziewięć miesięcy, w trakcie życia płodowego, dziecko jest z matką związane w sposób dosłowny, pępowiną, a po urodzeniu bliskość zostaje wzmocniona przez karmienie piersią i zabiegi pielęgnacyjne. W tym czasie matka wyczuwa i rozumie dziecko lepiej niż ktokolwiek inny, nic zatem dziwnego, że ten związek jest tak mocny i daje poczucie bezpieczeństwa. Jeśli więź nadal jest bliska, nawet myśl o niej jest jak powrót do bezpiecznego portu… Ta pierwotna więź stanowi fundament postawy emocjonalnej dorosłego człowieka. W trudnych chwilach możemy odwołać się do kapitału zgromadzonych we wczesnym dzieciństwie dobrych doświadczeń. Inaczej mówiąc, mamy się na czym oprzeć sami w sobie. Możemy na sobie polegać. Pozwala nam to przeżyć i znieść również negatywne doświadczenia. Dobre doświadczenia wyposażają nas w poczucie wartościowości własnego istnienia i bazową ufność wobec samego siebie.

RM: – Często już jako dorośli mamy różne pretensje do rodziców. Ja sama też je miałam, ale to, co pozwoliło mi się od żalu uwolnić, to próba ich zrozumienia: domów, z jakich sami wyszli, czasów, w których oni byli dziećmi. Może wtedy, na tamten moment, nie byli świadomi naszych potrzeb, swoich możliwości?

ZC: – Na początek oddzielmy wszelkie dramatyczne, raniące, chłodne i wykorzystujące dzieci relacje z rodzicami – bo to osobny, choć bardzo ważny temat. Mówimy o relacjach z rodzicami, których jest najwięcej: kochającymi, lecz popełniającymi błędy; troskliwymi, ale czasem bezradnymi. Nawet jeśli intencje rodziców są jak najlepsze, to w trakcie wychowania napotykają szereg problemów, na które nie byli przygotowani i dlatego zdarza im się niewłaściwie reagować. W tym długim procesie uczą się dopiero swojego rodzicielstwa, dorastając wraz z dzieckiem. To scenariusz pozytywny. Bywa jednak, że nie widzą takiej potrzeby, narzucając własne reguły i wymagania, nie starając się poznać i zrozumieć swojego dziecka. To boli.

RM: – Boli, często przez całe dorosłe życie… Oczekiwania i pretensje do rodziców często przenosimy na życiowych partnerów. Może dobrze by było pozwolić zarówno rodzicom, jak i partnerom na bycie niedoskonałym…

ZC: – Jak wskazuje szereg badań, rodzaj więzi, jaką mieliśmy z rodzicami, ma znaczący wpływ na rodzaj naszych uczuciowych relacji w dorosłym życiu. I tak pacjentka zgłaszająca trudne relacje z matką, a jednocześnie mająca w sobie zasoby serdeczności dla własnych dzieci i życzliwości wobec innych, musiała w początkach swojego życia dostać je od własnej matki, czasem babci lub innej osoby. Natomiast później, jeśli więź uległa osłabieniu lub zerwaniu, w życiu jej matki musiało się coś wydarzyć. Zdrada, rozwód, poważna choroba lub śmierć jej rodziców, zmiany hormonalne, utrata pracy, depresja… Doświadcza, jak każdy, różnych kolei losu, wyzwań i zawirowań, co odbija się na jej samopoczuciu, generując określone zachowania.
Nie podważając prawa dorosłych ludzi do ich wspomnień i ocen, w jaki sposób byli traktowani przez swoich rodziców, warto przyjrzeć się uważniej swoim zapisom w magazynie pamięci. Może utkwiły tam określone, przykre sytuacje, przesłaniając inne, fajne rzeczy. Przypomnieniem mogą być zdjęcia z dzieciństwa: tak się dzieje, kiedy analizujemy je podczas terapii. Oczywiście nie przekreśla to naprawdę złych rzeczy doznanych w rodzinnym domu. Chodzi tylko o to, aby ocena rodziców była wyważona.

RM: – Matka jest centralną postacią w naszym dzieciństwie i dorastaniu, w okresie buntu często „spada z piedestału”, ale jest to rozwojowo konieczne, by się od rodziców oddzielić. Te relacje nie zawsze potem są łatwe, i często gdy same stajemy się matkami, albo gdy jesteśmy już dojrzałe, umiemy spojrzeć na matkę inaczej – z większym zrozumieniem.

ZC: – Matka zostaje strącona z piedestału nie tylko dlatego, że córka zaczyna myśleć w nowy sposób, ale także dlatego, że jest kobietą, a córka już dziewczyną. Oczywiście konflikty tego okresu mogą mieć łagodniejszy przebieg, niemniej zawsze pojawia się jakieś tąpnięcie we wzajemnych układach, przejściowe oddalenie czy poczucie rozmijania się. Jeśli matka rozumie, że to, co się aktualnie dzieje, jest co prawda męczącym, ale tylko kolejnym etapem dorastania, łatwiej będzie jej przyjąć, że córce zależy na przekształceniu ich wzajemnej relacji, a nie – jak mogłoby się wydawać – na jej zniszczeniu. Pomocna może tu być świadomość, że bez względu na jakość wzajemnych kontaktów jest – i będzie zawsze – znaczącą postacią w jej życiu, a bunt córki stanowi tylko część procesu prowadzącego do jej usamodzielnienia się. Przy takim nastawieniu z wielu kłopotów udaje się wybrnąć. Z badań wynika, że szybciej dochodzi do porozumienia, jeśli matka nie ustawia się na pozycji osoby wszechwiedzącej i rygorystycznej, ale stara się ufać i wierzyć córce, okazując jej miłość i – bez oceniania – zrozumieć jej świat.

RM: – Jak kochać matkę, która, pomimo że jesteśmy dorosłe, wciąż nas ocenia, krytykuje, nie ufa nam, narzuca swoją wolę…

ZC: – Trauma powstała w wyniku takich doświadczeń stanowi częsty temat w terapii, a uporanie się z nią wcale nie jest łatwe. Dużą część pracy zmierzającej do uporządkowania swojego życia poświęcamy właśnie na analizę stosunków, jakie nie tyle łączą, co dzielą dorosłe już córki z ich rodzicielkami. Czy postępowałyby tak, wiedząc, jak mocno ich zachowania i słowa raniły w przeszłości wrażliwą psychikę córki i jak znacząco odbiły się na jej dalszych losach?
Z postacią matki łączy się bezinteresowną miłość, zawsze gotową do wsparcia i pomocy, nawet kosztem siebie. Taka jest utrwalona w stereotypie treść jej roli i kierowane do niej – nawet, jeśli w nieco zmodyfikowanej formie – społeczne oczekiwania. Dlatego niechęć ze strony prawdziwej matki, jej chłód uczuciowy, złe traktowanie, ośmieszanie i odrzucenie jest trudne do pojęcia. Z czasem musi budzić sprzeciw, złość, ale wcześniej doznaje się cierpienia i bólu.

RM: – Można się z odrzuceniem matki uporać?

ZC: – Aby uwolnić się od tej traumy, dorosła kobieta może przy pomocy terapeuty zanalizować sytuację z przeszłości, przepracować doznane urazy i odbudować swoje poczucie własnej wartości. Często pomocny w tym procesie staje się kochający życiowy partner. Może też rozgraniczyć dwie „części” swojej matki: zachować szacunek dla tej, która dała jej życie, i odciąć się od jej złego wpływu. Nie pozwalać więcej się sprowokować i wykorzystać swoje bolesne doświadczenia dla tym lepszej relacji z własnymi dziećmi.
Na szczęście większość kontaktów między matkami i córkami układa się inaczej. Po burzach i utarczkach udaje im się nie tylko znaleźć wspólny język, ale naprawdę do siebie zbliżyć. Warto pamiętać, że mądre wspieranie córki na jej drodze do dorosłości procentuje z czasem przyjaźnią dwóch kobiet połączonych szczególną i niepowtarzalną więzią.

RM: – Co same, jako matki, możemy zrobić dla naszych dzieci, by zachować bliską, ale nie za bliską relację?

ZC: – Przede wszystkim zadbać o siebie. Jeśli matka czuje, że jej życie ma sens, jeśli czuje się kochana, jest w serdecznej, życzliwej relacji z przyjaciółmi i światem, otwarta na uczenie się swojego macierzyństwa – będzie wystarczająco dobrą matką. Miłość jest oczywiście ważna, ale istotne jest także, aby lubić swoje dziecko jako odrębnego człowieka. Lubić z nim przebywać, wspólnie się bawić, słuchać go, poznawać i mądrze wspierać. Przy dwojgu czy więcej dzieciach nie wyróżniać jednego kosztem pozostałych. Nie startować z pozycji wszechwiedzącej, nie starać się być idealną.
Jeśli dziecko czuje się kochane, wybacza nam nieuniknione potknięcia. W jakimś sensie wspólnie dorastamy i wspólnie się siebie uczymy. Jeżeli mamy jakąś trudność w kontakcie z dzieckiem, zastanówmy się, z czego w nas wynika ta trudność. Dom powinien być zarówno dla młodego, jak i dorosłego dziecka przyjaznym, bezpiecznym miejscem, bo w nim – jak ujął to pedagog Stefan Szuman – bierze początek rzeka naszego życia.

 

Zuzanna Celmer terapeuta, jedna z pionierek wprowadzania psychoterapii w Polsce. Jest autorką dziesięciu książek o tematyce małżeńskiej, społecznej i rodzinnej, z których trzy zostały przetłumaczone na języki obce. Prowadzi terapię par oraz indywidualną, świadcząc pomoc w różnorodnych problemach życiowych.

Renata Mazurowska psychoterapeutka, trener umiejętności osobistych i społecznych, autorka książek, prowadzi psychoterapię i warsztaty rozwojowe.
(artykuł ukazał się w Magazynie SENS)

2 komentarze

  1. Bardzo mądry artykuł, bez wątpienia można odnaleźć w nim siebie. To ciekawe, że relacje z matką, podświadomie przenosi się na własną rodzinę, partnera. Obserwując samego siebie uważnie można zobaczyć jak w rzeczywistości działa ten mechanizm. Trzeba mieć dużą samoświadomość żeby móc uniknąć błędów naszych rodziców. Dziękuję za ten tekst i pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

Odpowiedz na nata Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s